Uczynki miłosierne względem ciała: 4. Podróżnych w dom przyjąć.

Podróże w świecie Starego i Nowego Testamentu nie należały do przyjemności i łączyły się z wieloma niebezpieczeństwami. W Piśmie świętym można znaleźć wiele fragmentów, które na te niebezpieczeństwa wskazują: „A więc możni z Sychem zrobili zasadzkę na szczycie góry i napadali na każdego, kto przechodził tamtą drogą” (Sdz 9,25); „Ci, którzy pływają po morzu, opowiadają o jego niebezpieczeństwach, i dziwimy się temu, co słyszą nasze uszy” (Syr 43,24); „Jezus nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli” (Łk 10,30); Inny podróżny okazał miłosierdzie i zaopiekował się pokrzywdzonym. Wziął go do gospody i zapłacił gospodarzowi za opiekę nad chorym. Historia ta wydarzyła się na początku pustyni judzkiej. W tym miejscu stoi dzisiaj tam skromny zajazd i upamiętnia to ewangeliczne wydarzenie. Jak widać z tych tekstów, niebezpieczeństwo groziło nie tylko ze strony zwierząt, ale i ze strony ludzi.

W czasach starożytnych i średniowiecza wielu wyruszało w podróż. Powodem był przede wszystkim handel (Ez 27,25; Ap 18,11-13), wojna lub podboje (2 Sm 11,1), pielgrzymki (Łk 2,41.44), czy zaangażowanie misyjne (Mt 10,1-6, Dz 13, Rz 15,22n). Wobec braku TV, radia, internetu w tamtych czasach, podróżni byli często źródłem informacji i byli uważani za ludzi, mających większe doświadczenie i posiadających większą roztropność, niż ludzie przebywający w jednym miejscu przez całe swoje życie.

W niedzielę 17 stycznia br. rozpoczęliśmy Tydzień Misyjny. Praca misjonarza jest bardzo mocno związana z przemieszczaniem się czyli z podróżowaniem, ponieważ już tradycyjnie, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej wygląda to zawsze tak, że istnieją centra misyjne. Albo to był klasztor, albo jakaś większa siedziba, gdzie misjonarze mieszkali, pracowali i w oparciu o takie centrum były prowadzone misje w okolicy. Jeden z nich mówi: „Pracowałem przez dłuższy okres w takim bardzo ciekawym miejscu, mieście El Alto na wysokości 4100 m i nasza parafia była na tyle duża, liczyła ok. 80 tys., że nie musieliśmy właściwie nigdzie jeździć. Mogliśmy chodzić pieszo, ewentualnie poruszać się tamtejszymi taksówkami. Do tych parafii przynależało nawet do 80 wiosek. To było wielkie wyzwanie, żeby te wioski w miarę regularnie odwiedzać. Takim klasycznym przykładem jest chociażby parafia Batalias, ponieważ leży ona na brzegu Jeziora Titicaca, słynnego Jeziora Inków, i tam trzeba się było posługiwać albo samochodem albo nawet łódką, żeby dotrzeć do wiosek, które były w naszej misyjnej jurysdykcji”.

Po drodze misjonarz musiał gdzieś odpocząć i  przenocować. Pod swój dach przyjmowali go tubylcy, niekiedy dla Europejczyka bardzo skromnych warunkach, ale ofiarowanych z serca.  Jednak to przemieszczanie się było wielkim wyzwaniem. Dla początkujących misjonarzy to była wielka przygoda, bo jeździli  starymi jeepami po trudnych i niebezpiecznych drogach. Przejeżdżać przez przełęcze, wspinali się wielkimi serpentynami, gdzie przepaście były dosyć głębokie. Przeprawiali się przez rzeki. Nigdy nie było wiadomo czy człowiek z rzeki wyjedzie, czy nurt go nie porwie. Po przybyciu na miejsce uderzano w dzwon, by dać znać, ze misjonarz już przybył. Ludzie zaczynali się powoli gromadzić. Był wtedy czas, by porozmawiać z nimi, pozałatwiać pewne sprawy administracyjne, ustalić kto będzie chrzczony, kto przystąpi do sakramentu małżeństwa. Potem była Msza św. Później było wspólne jedzenie, ponieważ bez takiego wspólnego świętowania w świecie andyjskim, odwiedziny misjonarza byłyby prawie nieważne, mówiąc pół żartem pół serio, a później był posiłek u katechistów, którzy zapraszali aby z misjonarzem porozmawiać.

Przyjęci pod dach przynieśli nie tylko wiadomości ze świata, ale przede wszystkim Ewangelię, wiadomości od Pana Boga. A tych miejscowi nie wyczytaliby z gazet i magazynów. My Europejczycy zazwyczaj jesteśmy nastawieni na to, że winniśmy się dzielić rzeczami materialnymi, natomiast ci prości ludzie patrzą na to zupełnie inaczej. Mają czas, okazję by poświęcić go drugiej osobie, żeby z nią posiedzieć. W świecie andyjskim jest ciekawe, że Indianie nie są gadułami. Warto posiedzieć obok siebie, być razem, zamienić kilka zdań. Kilkanaście zdań może być potraktowane jako poważna rozmowa. I potem wspólny posiłek, gdzie się smakuje rarytasów andyjskich. Jest to bardzo budujące, ponieważ więzi wspólnotowe są bardzo ważne.

Po przyjeździe do wioski, najpierw należy się ze wszystkimi przywitać, a na koniec ze wszystkimi pożegnać. To wszystko trwa. Jeśli wioska liczy 100 osób, to jest przynajmniej 15 minut samego witania się. Jeżeli misjonarz te rzeczy praktykuje, zaakceptuje, że tak jest i należy tak zrobić, wtedy też jest akceptowany przez ludzi. Jeżeli misjonarz po przyjeździe do wioski jest zmęczony, kręgosłup go boli, bo przez kilka godzin jechał po tych wertepach czy wzgórzach i zaczyna rozmowę o takich prostych, przyziemnych sprawach: jak tam lamy, jaki jest poziom wody w jeziorze, itd. Są to te tematy, które ludzi interesują. To jest ich życie. I wtedy, kiedy rozmawia się najpierw — być może zabrzmi to śmiesznie — o świniach, o krowach, o wodzie, o lamach, o gospodarstwie, wtedy dosyć płynnie można przejść na tematy religijne, ponieważ te tematy są ludziom bliskie. Ale jeśli misjonarz wykazuje zainteresowanie ludźmi, wtedy oni zazwyczaj wykazują zainteresowanie misjonarzem i tym, co chce im przekazać. To są tematy katechetyczne, socjalne, ale przede wszystkim w szerokim tego słowa rozumieniu głoszenie słowa Bożego, bezpośrednio spotykanym ludziom.

Niektóre z otwockich parafii przyjmują corocznie pielgrzymów zmierzających na Jasną Górę. Dzieje się to zwykle w lipcu i sierpniu. Bogaci i biedni przyjmują wędrujących do swych domów. Dają im schronienie, miejsce do odpoczynku i karmią. Jest to bezpośrednio praktyczne wypełnieni uczynku miłosiernego względem ciała. Bez tych dobroczyńców pielgrzymi nie dotarliby do Matki Bożej na Jasną Górę. Pomiędzy nimi zawiązują się relacje i znajomości. Niektórzy już są umówieni na przyszły rok. Każdy z pielgrzymujących modli się w intencji swoich dobroczyńców. Nawiązuje się w ten sposób przyjaźń duchowa, która szczególnie w obecnych czasach jest czymś bardzo cennym.

Naród Polski zawsze był gościnny i nigdy w historii nie odmówił schronienia potrzebującym. W historii Polski mamy na to wiele dowodów. Na uwagę zasługuje wzmianka o narodzie żydowskim. Gdy w czasach średniowiecza wypędzono go z Włoch, Francji i głównie z Hiszpanii, schronienie dał mu król Kazimierz Wielki. Utworzył w Krakowie specjalnie dzielnicę żydowską, aby oni mogli w niej czuć się bezpiecznie i kultywować swoje zwyczaje, opiewaną w „Skrzypku na dachu” świętą tradycję mojżeszową. Szczególnie u Żydów uczynek miłosierdzia przyjęcia podróżnego pod swój dach wywodzi się z uwarunkowań życia nomadycznego, gdy przemieszczanie się i wędrówka ze stadami była nieodłącznym składnikiem ich życia.

W latach 70-tych ubiegłego stulecia przyjęliśmy do Polski wielotysięczną rzeszę uchodźców z Grecji. Dostali oni pracę, z czasem obywatelstwo polskie. Mogli uczyć się i studiować. Owocem tego narodowego uczynku miłosierdzia jest słynna na całą Polskę śpiewaczka Eleni i kompozytor Teodorakis.

W ostatnim czasie Polska przyjęła pod swój dach uchodźców z Ukrainy. Ludzi, którym nikt nie chciał pomóc. Powiedziała premier Beata Szydło podczas debaty z europosłami. Najświeższe dane mówią o 724 tys. oświadczeń od stycznia do listopada 2015 r. Podobną liczbę przytoczył parę dni temu szef MSZ Witold Waszczykowski. – Podczas gdy Europa ma problemy z liberalizacją reżimu wizowego, to my, jako Polska, gościmy już w Polsce Ukraińców, którzy żyją, pracują, mieszkają w Polsce.