Uczynki miłosierne względem ciała: 6. Chorych nawiedzać.

W pierwsze piątki miesiąca jako kapłan bardzo lubię nawiedzać chorych i udzielać im świętego Wiatyku ( Spowiedź, Namaszczenie olejem i Komunia św.). Dlaczego? Patrząc na ich zachowanie pełne wiary i ufności w moją posługę, sam buduję swoją wiarę i sens potrzeby mojej posługi. Chorzy oczekują ode mnie, że przyniosę im Pana Boga, nadzieję. Powaga sytuacji zmusza mnie do całkowicie głębszego myślenia, przypominając, że w tym momencie  jestem ktoś, kto przyniósł im Pana Jezusa w Eucharystii i że jestem dla nich pośrednikiem między ziemią i niebem. To przeze mnie w tym czasie i w tym miejscu Bóg daje chorym swoją łaskę. Ich wiara często mnie zawstydza. Kiedy byłem jeszcze młodym kapłanem i wezwano mnie w latach 70. do umierającej kobiety w szpitalu Batorego ( nie było jeszcze instytucji kapelana szpitala i posługa duszpasterska spoczywała na kapłanach z par. św. Wincentego a’Paulo w Otwocku), w oczach umierającej kobiety zobaczyłem coś, co pamiętam do dzisiaj. Kiedy patrzyła na mnie, była całkowicie świadoma tego, co się wokół niej dzieje. Nie mówiła nic, tylko na mnie patrzyła. Patrzyła na mnie wzrokiem zaufania i spokoju, że jestem przy niej. Dzisiaj, kiedy czynię posługę innym chorym, po wielu latach pamiętam jej wzrok do dzisiaj. Udzielając innym świętego Wiatyku, pamiętam tamto spojrzenie. Ona nie umierała, ona odchodziła, przechodziła.

Odwiedzając chorych posługujemy się logiką czysto ludzką, która przyciemnia nasze myślenie według logiki i wartości wiary. A przecież w naszym życiu chrześcijańskim mamy obowiązek posługiwania się zarówno jedną i drugą i to w odpowiedniej relacji. Wiadomo, że każde odwiedziny chorego przynoszą mu ulgę. Jest to bardzo ważne, że doświadcza on wtedy naszej troski i zainteresowania się jego osobą, że jego osamotnienie i cierpienie nie jest nam obce. Że w tym trudnym dla niego życia momencie chcemy być z nim i pomagać mu w dźwiganiu jarzma choroby, szczególnie wtedy, kiedy ona okazuje się ona jako nieuleczalna.             Opatrzność Boża sprawiła, że szczególnie przez ostatnie dwa lata często odwiedzałem chorego na raka mojego brata Ks. Stanisława, który umarł dnia 6 lutego tego roku. Każde odwiedziny najpierw na plebanii  w Józefosławiu, a potem w szpitalu na Szaserów, Banacha czy w Piasecznie, sprawiały mu wiele radości. Rozmawialiśmy na wiele tematów dotyczących planów duszpasterskich w jego i mojej parafii, organizacji życia parafialnego, kolędy, planów gospodarczych. Nie zabrakło między nami rozmowy na temat krzyża Chrystusa i cierpienia. Mimo swojej choroby, uczestniczył cały czas w problemach życia duszpasterskiego i ogarniał je swoją troską. Moje odwiedziny, rodziny i przyjaciół sprawiały mu zawsze wiele radości. W niedzielę, kiedy odwiedzali go zawsze księża wikariusze, parafianie, rodzina, przyjaciele, parafianie. Cieszył się, pomimo że był tymi wizytami zmęczony. Ja odwiedzałem go najczęściej późnym wieczorem. Wtedy czasem mówił do mnie: „Już jedź, bo ja muszę trochę odpocząć”. Kiedy był już słaby i mówienie sprawiało mu trudność, myśmy mówili do niego, a on słuchał.

Człowiek chory może być w różnym stanie. Chodzi tu przede wszystkim o jego fizyczną kondycję. Jego stan i samodzielność uzależnione są też od rodzaju choroby. Wiemy, że są chorzy którzy są samodzielni i sami potrafią spełniać podstawowe czynności codziennego życia. Ale bywa często tak, że ludzie starzy i sędziwi nie są w stanie, bądź też młodzi po wypadkach lub obłożnie chorzy, nie mogą wokół siebie dokonać czynności koniecznych. I nie chodzi tu tylko o zakupy, wizytę u lekarza, gotowanie, czy sprzątanie. Potrzebują oni nieustannej opieki przez cały dzień. Zarówno tych jeszcze sprawnych jak i obłożnie chorych mamy obowiązek nawiedzać. Nakaz uczynków miłosiernych co do ciała obwiązuje wobec wszystkich chorych. Lista ich jest bardzo długa. Mogą to być krewni, przyjaciele, znajomi, sąsiedzi. Do nawiedzenia chorego jesteśmy zobowiązani w każdym czasie i sytuacji.  Nie możemy usprawiedliwiać się brakiem czasu, obowiązkami zawodowymi czy prywatnymi. Z naszej strony to tylko kwestia organizacji czasu.

 Jezus spotykał wielu chorych i często przywracał im zdrowie. Objawiał przy tym swoją mesjańska tożsamość i Boską moc. Z jego mowy dowiadujemy się, że zabraniał traktowania kalectwa i choroby jako kary Bożej za zło, którego sam chory lub ktoś z jego najbliższych mógł się dopuścić (por. J 9,1-3).  Dzisiaj przynosząc choremu ulgę  i wsparcie lekarze, personel medyczny i odwiedzający stają się znakiem nowego świata, skierowując sens uczynek miłosiernego na życie eschatologiczne. Odwiedzając chorego jesteśmy świadkami cierpienia, co zawsze pozostaje trudne do zrozumienia. Nam dostarcza wiele rozterek i wątpliwości. Stawiamy pytanie, dlaczego to ktoś mi bardzo bliski?. Zupełnie niewinny, a tak bardzo cierpi. Nasza wiara przenosi nas ze zjawiskiem cierpienia zupełnie w krainę innych wartości. Najpierw ja musze mieć właściwy pogląd na cierpienie i dopiero z takim przekonaniem należy udać się do chorego. Będąc u chorego, gdy ten jest obłożnie chory lub też występuje u niego już zagrożenie życia, nie możemy poprzestać na niesieniu mu doraźnej pociechy, bo ona nie wystarcza. O ile to możliwe, należy rozmawiać o sensie życia, cierpienia i śmierci ukazanych w Krzyżu Chrystusa. Dlatego tak bezcenny jest krzyż wiszący na ścianach szpitalnej sali. Po wyjściu odwiedzających z chorym pozostaje wtedy Jezus na krzyżu. Otrzymawszy od nas umocnienie w zaufania wobec Boga, chory może patrzeć na krzyż i polecić siebie Bogu, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie. Gdyby po naszej wizycie tego zabrakło, dolegliwości choroby, lęk, zamknięty krąg cierpienia i choroby, mogłyby skutkować samotnością prowadzącą do utraty nadziei i rozpaczy.

Bez rozmowy o cierpieniu Chrystusa i udziale chorego w cierpieniu i Krzyżu Chrystusa, braku mowy o tym, że kogo Pan Bóg kocha, temu daje krzyż, chory może patrzeć na siebie jako ciężar dla innych. Może podejrzewać, że jest opuszczony przez ludzi i Boga. Nawiedzenie chorych wymaga wiele cierpliwości. Należy pamiętać o tym, że jak im się coś obiecuje, to należy to wypełnić. Oni mają zbyt wiele czasu na przemyślenia, rozmyślanie i czekanie na nas wydłuża się im. To nam pędzi szybko czas, im nie. Przykuci do łóżka nie mają potrzeby ani możliwości spieszyć się. Jedni chorzy zamykają się w sobie i nie są chętni do rozmowy i tym nie należy się zrażać. Inni mogą głośno skarżyć się na swoją dolę i oczekują od nas, abyśmy wyraźnie współczuli im i próbowali choć trochę ulżyć ich bolesnemu położeniu.

Nawiedzenie chorych ludzi będących w podeszłym wieku lub zagrożonych śmiertelną chorobą jest zawsze trudne. Wymaga wiele taktu i miłości. Jednak nie powinni oni ulegać złudzeniu i nie wolno wprowadzać ich w błąd, że wszystko będzie super. Nawiedzenie takich chorych to sposobność do okazania im pomocy w uczciwym spojrzeniu na własne życie. W Ewangelii według św. Mateusza czytamy: „ Przyjął nasze słabości i dźwigał choroby”(Mt 8,17). Dzięki Chrystusowi cierpienie i choroba mają wartość zbawczą, bo później św. Paweł napisze, że chrześcijanin ze swej strony „dopełnia niedostatek udręk Chrystusa w swoim ciele dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (zob. Kol 1.24).