Uczynki miłosierne względem duszy: 4. Strapionych pocieszać.

W młodych latach mojego duszpasterzowania, byłem świadkiem następującej historii. A  wydarzyła się ona podczas rekolekcji parafialnych. Prowadzący je ojciec rekolekcjonista chciał zdobyć względy lub też pochwalić pracującą w kuchni na plebanii gospodynię.  Każdego dnia, a było ich cztery,  mówił do niej, że takiej herbaty jaką podała dzisiaj, to jeszcze w życiu nie pił. Kiedy powiedziała do niego, że wczoraj podała mu taką samą, być może jeszcze lepszą, bo dodała więcej cytryny, on twierdził stanowczo, że dzisiejsza jest lepsza od wczorajszej. Po skończeniu śniadania na zapytanie księdza proboszcza, co ona na te pochwały, odpowiedziała, że wie, iż ojciec rekolekcjonista trochę ją oszukuje, ale miło jest jej pochwałę słyszeć, że zaparzona przez nią herbata jest wspaniała i że co dzień podaje lepszą. W tym przypadku z jednej strony zadziałała uprzejmość, a z drugiej pragnienie bycia zauważonym, docenionym.

Stare przysłowie mówi, że lepiej kogoś pochwalić, aniżeli go zganić. Kiedy chcemy kogoś pocieszyć to na pewno musimy uniknąć nagany. Warto pamiętać, że nawet w tym najgorszych człowieku jest coś dobrego. Po pierwsze, że jest on stworzeniem Bożym i dzieckiem samego Boga. Naśladując Jezusa, powinniśmy potępić  i zganić w człowieku zło, a nie jego samego. Jest to podstawa ku temu, że mamy święty obowiązek udzielania pocieszenia strapionym. Jezus bardzo często udzielał pocieszenia. Nawet wtedy, gdy inni jednoznacznie potępili kogoś. Brał w obronę tę osobę różny sposób, bo wiedział, że strapiony człowiek ma kłopoty, które doprowadzają go do rozczarowania. Zaś rozczarowanie przejawia się w apatii i w przygnębieniu. W takim stanie człowiek nie ma na nic ochoty. Chce być sam i pragnie, aby mu nikt nie przeszkadzał. Kiedy taki stan trwa długo, niszczy radość i najczęściej powoduje to, że nie czuje już potrzeby bycia we wspólnocie, którą przedtem doceniał i kochał. Traci z nią kontakt, staje się samotnikiem, czuje się opuszczonym i niedocenionym.

Jezus obiecał apostołom, że po swoim odejściu ześle im Ducha, Pocieszyciela. Wiedział, że oni będą tęsknić za nim. Ze jego brak odczują nie tylko psychologicznie, uczuciowo, ale że  Jego nieobecność sprawi w  nich załamanie się dotychczasowej wiedzy i nauki, jakiej nauczyli się od Niego przez ostatnie trzy lata Jego życia. Jezus obawiał się, aby apostołów nie ogarnął bezsens. Dlatego zesłał im Pocieszyciela. Na kartach Pisma Św. spotykamy wiele przykładów, że  sam Bóg lub przeze swoich wysłanników, pociesza strapiony lud Izraela. Pocieszania człowieka nie jest Bogu obce, jak również odbieranie tego pocieszenia prze ludzi. Strapiony człowiek pragnie pocieszenia. Słowo Boga i bliźniego, dają mu nowe światełko do rozwiązania problemy, który go trapi.

Dla nas słabych ludzi, strapienie jakie ogarnia nas po śmierci rodziców, rodzeństwa i szczególnie bliskich nam osób, jest szczególnie bolesne. Pociechy dostarcza nam pamięć o wyświadczonym nam dobru, wdzięczność oraz nadzieja, że śmierć nie oznacza absolutnie końca. „Albowiem życie twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy” (por list św. Pawła do Rzymian). Codzienne życie dostarcza nam wiele strapień. Jedynym antydotum na nie jest pocieszenie. Może one być wyrażone przez fachowca, lub też prostaczka, ale gdy jest wypowiadane z serca, jest zawsze mile widziane, jak ta pochwala wyżej wymieniona dla gospodyni z herbatą. Pocieszyć kogoś z sercem i dobrze, to ofiarować mu współczucie, życzliwość, przyjaźń, serdeczność. To jest zawsze pożądane przez wszystkich ludzi. Nie żałujmy tych słów. Pocieszenie nie zatrzyma się tylko u pocieszanego na emocjach, lecz jako uczynek miłosierny, będzie dla niego wielkim wsparciem, ukazaniem sensu życia oraz okazją do poznawania prawdy. Jeżeli chrześcijanie potrafią wzajemnie pocieszać się, przyczynią się do uwidaczniania i realizacji Królestwa Bożego, Kościoła. Pocieszanie, to wyrywanie z duszy ludzkiej chwastu niemocy, piętna zła i słabości.

Strapienia mogą być straszne i sprawić, że stracimy sprzed oczu sens życia. Cierpienie fizyczne lub duchowe, niedostatek, słabość, poczucie osamotnienia mogą szczelnie opatulić rzeczywistość szarością i beznadzieją. Gdy widzimy kogoś strapionego, nie wolno nam płochliwie od niego odwracać się. Nie wolno nam ulec zażenowaniu. Musimy coś zrobić, chociażby powiedzieć: „Będzie lepiej”, „Nie martw się”, „Odwagi!”.
Niektórzy próbują odwrócić uwagę strapionej osoby od źródła utrapienia, chcąc, aby o nim zapomniała. Podsuwają rozrywki – jakby środki znieczulające, ofiarowują skutecznie działające lekarstwo. Ale ono nie zawsze skutkuje. Strapienie nie przemija, człowiek cierpi, jak cierpiał. Nie wolno nam doprowadzić do tego, aby słowa pocieszenia brzmiały nieautentycznie, nienaturalnie. Bardzo często słowa kondolencji mogą ranić swoją konwencjonalnością. Ranią, gdy przyjmujący je czuje, że nie stoi za nimi ludzkie serce, tylko slogan, gotowa formułka.

Jak wygląda chrześcijańskie pocieszenie? Przede wszystkim nie opiera się ono na kunszcie słowa, ale na bliskości. Warto przywołać tu jako przykład najpierw sytuację Ogrójca oraz obecność Maryi na drodze krzyżowej Jezusa. Chrystus w Ogrójcu, tak bardzo ludzki w swoim lęku przed cierpieniem duchowym i fizycznym, pozwolił, aby Go pocieszał Anioł. Ewangelia mówi tylko tyle. Nie zapisano słów, które Anioł skierował do Jezusa w tej godzinie duchowej agonii.
Na drodze krzyżowej Chrystus przyjął pociechę, którą dała Mu obecność Matki.
Ona była obecna – chociaż milczała. Nie tłumaczyła Jezusowi: „Nie martw się, będzie lepiej”. Nie obiecywała łatwego rozwiązania sytuacji. Ale czyż Jej obecność nie była dla Jezusa źródłem pocieszenia i umocnienia?
On od Matki doświadczył czegoś więcej niż współczucia? Nie słowa są ważne, ale przekonanie osoby pocieszanej, że nie jest nam obojętne to, co przeżywa. Odczucie bliskości.
Nawet najbardziej literackie wyrazy współczucia pozostaną bez znaczenia, jeśli zabraknie w nich bliskości. Będąc razem w trudnej sytuacji i milcząc, można więcej dać, aniżeli deklamując bezduszne, zgrabne formułki pocieszenia. Nie bójmy się zatem być razem ze strapionymi. Pozwólmy im wypowiedzieć swój lęk przed cierpieniem, gorycz, nawet bunt. Trzeba nieraz, aby strapiony, przerażony niepewną sytuacją człowiek wykrzyczał to, co nosi w sobie. I wtedy przychodzi ulga. Pokonanie kolejnej przeszkody. Siła pociechy leży nie w słowach, ale w bliskości, nieobojętności.

Pocieszać strapionych – to znaczy powiedzieć komuś: „Nie jesteś mi obojętny”. To już bardzo dużo. Czasami wystarczy, aby odbudować nadzieję i umocnić chęć dźwigania krzyża aż do końca, dodać ducha, aby pocieszany był otwarty na problemy i nie bał się żyć.